Replica Cartier Tank Kopertę od góry wieńczy nurkowy bezel. Jego stalową, czarną wkładkę pokryto utwardzaną powłoką Dia-Shield i - co było bardzo dobrym ruchem - zastosowano trochę nieregularny i surowy, promienisty szlif. Dzięki niemu po kilku tygodniach użytkowania zegarka nie udało mi się na bezelu znaleźć żadnych widocznych gołym okiem rys. Niestety także w kwestii dekoracyjnej kaliber napędzający opisywanego TAG’a nie prezentuje niczego specjalnego. Jedyną dekoracją i jednocześnie modyfikacją dokonaną przez markę jest częściowo szkieletowany, grawerowany rotor, ozdobiony pasami genewskimi. Motyw ten pojawia się także na jednym z mostków. Dodatkowo płyta bazowa udekorowana jest perłowaniem. Jak na mechanizm widoczny w pełnej krasie przez szafirowy dekiel to niezbyt wiele. Przejdźmy więc do tematu tego testu – najnowszego wcielenia zaprojektowanej przez nieżyjącego już niestety Gentę i usportowionej przez Gueita wersji Royal Oaka. Offshore to przede wszystkim dwa kluczowe aspekty – komplikacja chronografu i design. O sukcesie zegarka stanowi jednak zdecydowanie ten drugi. 4 z 20 rubinowych kamieni łożyskowych umieszczone są w złotych szatonach, mocowanych niebieskimi śrubkami (pozostałe także są barwione na niebiesko termicznie). Powierzchnię płyty ¾ ozdabiają z kolei pasy genewskie oraz ręcznie grawerowane inskrypcje, wypełnione dla kontrastu żółtym złotem. Wreszcie dwa duże, stalowe koła naciągu ozdabia podwójny szlif słoneczny. Patrzenie na nadzwyczajnie szybko poruszającą się wskazówkę sprawia nieodpartą przyjemność, choć zupełnie szczerze ja dla tej komplikacji zastosowania w codziennym życiu nie znalazłem. Znalazłem za to całą masę przyjemności z noszenia sportowego, emblematycznego chronografu, dokładnie w takim typie, jak lubię. Niech żyje El Primero! Limitowany do 2 000 egzemplarzy model wyceniono jednak na niemal 4 000 EUR, co stawiało go poza zasięgiem przeciętnego miłośnika Seiko. Na szczęście w 2020 r., a więc 55 lat po debiucie pierwszego modelu nurkowego, światło dzienne ujrzały 4 kolejne reedycje zegarka, tym razem nieco luźniej nawiązujące do oryginału.
Nie chciałbym szufladkować Alpnacha Chrono, ale z całą pewnością trafi on szczególnie w gusta pasjonatów zegarków 'militarnych', czyli tych o wojskowym zacięciu. Chociaż ja do tej grupy nie zaliczam się ani trochę, wielki plus dla projektantów Victorinoxa za stworzenie zegarka o bezbłędnym charakterze. W mojej opinii, poprzednik miał lepiej wyważone proporcje. Gdyby w ślad za wzrostem średnicy koperty powiększono tarczę, to byłoby okay. Tymczasem wykonano prosty zabieg polegający na zastosowaniu szerszej lunety i uznano, że temat jest pozamiatany. Minusem w moim odczuciu jest także jakość wykonania otworu na datownik. I to mimo mierzącej 39 x 39 mm koperty, która dodatkowo gruba jest na 14,7 mm (razem z wypukłym, fazowanym szafirowym szkłem). Technicznie więc to całkiem spory kawałek zegarka, ale tytan totalnie niweluje gabaryty, a zapięty na ręku wydaje się niemal znikać – i jak podkreślam, jedni to docenią, drudzy mocno się zdziwią. Design, detale i pomysł są stricte francuskie, ale podbite szwajcarskim wykonaniem – co ciekawe, w dużej mierze u podwykonawców należących pośrednio do Hermesa. Niezwykle purystycznie wygląda spód koperty. Podobnie jak w większości modeli marki ROLEX, dekiel jest absolutnie gładki. Jedynymi elementami dekoracyjnym są polerowanie części zewnętrznej oraz okalająca dekiel karbowana obwódka. Wspomniana wcześniej stalowa bransoleta typu oysterlock, z satynowanymi i polerowanymi ogniwami, jest częściowo skręcana na śruby.
Tym jednak, co stanowi o sile i klasie mechanizmu Oyster produkowanego przez ROLEXA, jest właśnie precyzja jego regulacji. Wśród miłośników i pasjonatów zegarmistrzostwa stosowany przez manufakturę system testowania oraz ustawiania każdego kalibru jest uznawany za jeden z najdoskonalszych, jeśli nie najdoskonalszy w całej branży. Luma ma jasnozielony odcień, który dodaje kompozycji nieco więcej 'życia', niż gdyby dla przykładu była choćby biała, albo gdyby udawała vintage’ową patynę.